Moonlight

W zeszłym roku po ogłoszeniu nominacji do Oscarów w USA rozpętała się prawdziwa burza w związku z brakiem nominacji dla choćby jednego z czarnych aktorów. Nie brakowało ostrych wypowiedzi pod adresem członków Akademii, których oskarżano o rasizm, zaś wiele znanych czarnoskórych osobistości ze świata filmu w ramach protestu zbojkotowało ceremonię rozdania Oscarów. W celu załagodzenia sytuacji, do wręczenia Oscara w kategorii najlepszy film zaangażowano samego Morgana Freemana. Po co ten wstęp? W tym roku Akademia obsypała bowiem nominacjami aż trzy filmy o Afroamerykanach, a jednym z nich jest „Moonlight” w reżyserii Barry’ego Jenkinsa, w którym nie zobaczycie ani jednego białoskórego aktora. Dość długo miałem nadzieję, że ilość nominacji dla tej produkcji jest konsekwencją jakości filmu, a nie reakcją na zeszłoroczny skandal, jednakże po seansie mocno się zawiodłem. W ostatnich latach powstało sporo świetnych filmów o czarnoskórych obywatelach Stanów Zjednoczonych takich jak „Precious”, „Służące”, „Django” czy „Zniewolony. 12 Years a Slave”, które słusznie zostały wyróżnione przez Akademię. Tymczasem „Moonlight” to średniej jakości dzieło, przy którym nasza „Sala samobójców” błyszczy pod niemalże każdym względem.

1488482447-hbz-moonlight-01-index-a24

Film bardzo nieudolnie stara się opowiedzieć historię o prześladowanym chłopcu z patologicznej rodziny, szukającym własnej tożsamości. Barry Jenkins podzielił swój film na trzy części, z których każda przedstawia kolejny etap życia naszego bohatera o imieniu Chiron. Zamiast wciągającej i angażującej emocjonalnie fabuły z poważną psychoanalizą głównej postaci otrzymujemy nudną, płytką i pozbawioną ambicji historię o chłopaku, który z worka treningowego ewoluował w umięśnionego dilera narkotyków. Jego przemiana jest tak samo przekonująca jak opowieści o UFO czy obietnice polityków z kampanii wyborczej, a wszystko to przez zbyt powierzchowne ukazanie osobowości Chirona, uniemożliwiające nam jego bliższe poznanie i zrozumienie. Poziom dialogów doprawdy przytłacza i ciężko uwierzyć, że wyszły one spod pióra profesjonalnego scenarzysty, gdyż swoją banalnością i sztucznością skutecznie wywołują u widza poczucie konsternacji. Największym plusem filmu jest drugoplanowa rola Naomie Harris (nowa Moneypeny z Bonda) wcielająca się w postać matki – narkomanki, która z powodu nałogu nie jest w stanie zaopiekować się swoim wrażliwym i zagubionym synem. Poza nielicznymi przebłyskami najnowsza produkcja Barry’ego Jenkinsa to nieudana próba stworzenia psychologicznego portretu czarnoskórego homoseksualisty, która niestety bardziej śmieszy niż porusza, a ocena ta bynajmniej nie jest spowodowana rasizmem czy homofobią, które zawsze zasługują na potępienie.

Ocena filmu: 5/10

Dawid Kmieć

Reklamy

Milczenie

Zastanawiam się jak ocenić najnowszy film w reżyserii Martina Scorsese, jednakże nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi. Może jest nią milczenie? Po niezwykle udanym i skandalizującym „Wilku z Wall Street” (przedawkowanie narkotyków przez głównego bohatera, rekord przekleństw użytych w filmie oraz homoseksualna orgia) legendarny twórca takich klasyków jak „Wściekły byk”, „Chłopcy z ferajny” czy „Infiltracja” w ramach odreagowania tudzież odkupienia postanowił uraczyć nas niespełna trzygodzinną historią o portugalskich misjonarzach żyjących w XVII wieku (w tych rolach Andrew Garfield i Adam Driver), którzy na wieść o porzuceniu wiary przez ich mentora przebywającego w odległej Japonii (krótka rola Liama Neesona) podjęli spontaniczną i ryzykowną w skutkach decyzję o jego odszukaniu. W tym celu popłynęli łódką do kraju kwitnącej wiśni, w którym wyautowani chrześcijanie płonęli na stosach oraz doświadczali innych niekoniecznie cywilizowanych rodzajów śmierci. Po dotarciu na miejsce spotykają podstarzałego Japończyka z pochodnią, który zaprowadza ich do wioski pełnej osób łaknących spotkania z kapłanem.

ee91baa2-99f9-4529-a49f-78b56624f6d5

Przez pierwszą godzinę „Milczenie” ogląda się jak całkiem dobry thriller, w którym stopniowe budowanie napięcia skutecznie zachęca widza do uważnego śledzenia dalszych losów misjonarzy na azjatyckiej wyspie. Niestety zgodnie z maksymą „im dalej w las, tym więcej drzew” w dalszej części filmu nie jest już tak kolorowo, gdyż zasadnicza część fabuły została sprowadzona do ciągłego poddawania skośnookich nieszczęśników próbom mającym na celu zdemaskowanie ich związków z chrześcijaństwem. Próby te polegają na nieustannym zachęcaniu podejrzanych do nadepnięcia stopą na wizerunku Jezusa, co ma uchronić ich przed śmiercią za wyznawanie zakazanej religii. Mamy również japońskiego odpowiednika Judasza, który w zamian za srebro zdradza jednego z misjonarzy, zapewniając mu tym samym pobyt w nieco specyficznym więzieniu. Pomimo pięknych zdjęć i dobrej gry aktorskiej Garfielda nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że momentami fabuła stoi w miejscu przez co każda kolejna minuta seansu niebezpiecznie przybliża nas do stanu zwanego znużeniem i zniecierpliwieniem. Na szczęście ostatni akt filmu wypada zadowalająco, a poruszające, niejednoznaczne zakończenie skłania widza do refleksji i opuszczenia sali kinowej w milczeniu.

Ocena filmu: 6/10

Dawid Kmieć

To tylko koniec świata

„A ja może zwalę konia w Auschwitz i napiszę o tym wiersz”. Tymi słowami skomentowany został pomysł głównego bohatera, który w obliczu zbliżającej się śmierci zaproponował niczego nieświadomym członkom swojej rodziny podróż do starego, rodzinnego i opustoszałego domu. Zacytowany przeze mnie fragment filmu nie pozostawia jednak wątpliwości, że propozycja ta nie spotkała się z aprobatą rodziny. Zgodnie z przewidywaniami najnowszy film Xaviera Dolana zwanego „cudownym dzieckiem kanadyjskiego kina” wprowadził mnie w depresyjny nastrój, co oznacza, że wiarygodność tej recenzji należy oceniać z uwzględnieniem tego, iż została napisana przez osobę, która chwilowo znajduje się w stanie po filmowej depresji. W swoim szóstym filmie Xavier Dolan postanowił bowiem zaserwować nam tragifarsę o pisarzu, który po 12 latach odwiedza swoją rodzinę, aby oznajmić jej, że umiera. Skąd o tym wiemy? Przede wszystkim z opisu filmu, gdyż sama fabuła nie jest już taka oczywista i zupełnie inny odbiór filmu towarzyszyć będzie widzowi, który przed wejściem na salę kinową nie zapozna się z podstawowymi informacjami dotyczącymi tej produkcji.

Juste-la-fin-du-monde

Rozpoczynając od plusów należy przede wszystkim podkreślić, iż tak jak w poprzednich filmach również i w tym Dolanowi udała się sztuka związana z odpowiednim wyborem muzyki, która nadała poszczególnym scenom należytego klimatu. Świetna była również kreacja aktorska Gasparda Ulliel, który bardzo dobrze oddał emocje towarzyszące osobie przerażonej perspektywą odbycia najtrudniejszej w życiu rozmowy z zagubionymi życiowo członkami swojej rodziny. Nieco mniej przekonująco wypadła Marion Cotillard, zaś niezwykle irytujący był Vincent Cassel wcielający się w postać brata głównego bohatera. Największymi problemami filmu okazały się być dość uciążliwa narracja i niekoniecznie udane dialogi, które swoją chaotycznością sprawiają, że w niektórych momentach seans przemienia się w psychiczną torturę. Tym niemniej trzeba przyznać, iż w filmie nie brakuje ambitnych scen, w których zdecydowanie przoduje ta ostatnia, ukazująca „ostatnie pożegnanie” będące niezwykłą metaforą śmierci.

Ocena filmu: 6/10

Dawid Kmieć

Jackie

Co poczułem po zakończeniu seansu „Jackie”? Ulgę. Idąc do kina nie obiecywałem sobie zbyt wiele po tej produkcji, jednakże moje ostateczne wrażenia są gorsze od przewidywanych. Film w reżyserii Pablo Larraína opowiada o kulisach związanych z organizacją pogrzebu jednego z najsłynniejszych amerykańskich prezydentów czyli Johna F. Kennedy’ego, który w 1963 r. został śmiertelnie postrzelony w Dallas. A wszystko to z perspektywy jego małżonki – Jackie Kennedy, granej przez Natalie Portman, która udziela pierwszego wywiadu od czasu zamachu na jej męża.

z21319373V,Natalie-Portman-w-roli-Jacqueline-Kennedy-w-filmie

Oglądając ten film nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż scenarzysta (niejaki Noah Oppenheim) nie miał specjalnie pomysłu na fabułę, a wszystko co ostatecznie znalazło się w scenariuszu jest po prostu dziełem przypadku. Dialogi są złe, zaś skala ich patetyzmu i podniosłości przeszła moje najśmielsze oczekiwania, co powoduje, iż film zakrawa momentami na parodię. Na domiar złego z ekranu najzwyczajniej w świecie wieje nudą, gdyż przedstawiona historia jest tak samo ciekawa i ekscytująca jak żałoba po śmierci serialowego bohatera w pierwszej lepszej polskiej telenoweli. Prawdziwą wisienką na torcie jest zaś muzyka, która od pierwszej do ostatniej minuty filmu z niezwykłą skutecznością troszczy się o to, aby widz nawet przez chwilę nie poczuł przyjemności z seansu, w którym przyszło mu uczestniczyć. Natalie Portman zrobiła to co mogła i w żadnym wypadku nie można jej winić za nijakość tego filmu, gdyż nawet najlepsze umiejętności aktorskie nie są w stanie przykryć słabości scenariusza.

Ocena filmu: 5/10

Dawid Kmieć

Autopsja Jane Doe

Nierówny. Taki właśnie jest najnowszy horror w reżyserii André Øvredala pt. „Autopsja Jane Doe”. O ile bowiem pierwsza część filmu imponuje świetnym klimatem i stopniowym budowaniem napięcia, o tyle w dalszej części film ociera się już momentami o pastisz, co powoduje, iż przerażenie miesza się u widza ze śmiechem. Oczywiście jak to często w horrorach bywa bez względu na rodzaj historii wszystko i tak sprowadza się do pisma świętego, w którym tkwi rozwiązanie całej zagadki (tym razem Księga Kapłańska). Poza ramy przyzwoitości nie wychodzi również aktorstwo, gdyż zarówno Emile Hirsch jak i Brian Cox poprawnie odgrywają swoje role, jednakże żadna z wykreowanych przez nich postaci nie zapisze się w historii gatunku filmowego zwanego horrorem. Korzystając zaś z całkowitej swobody pisania pozwolę sobie nie ocenić roli aktorskiej Olwen Catherine Kelly czyli filmowej Jane Doe, gdyż z całym szacunkiem dla jej potencjalnie istniejących umiejętności aktorskich ale leżenie z otwartymi oczami przez ponad pół filmu na stole i bycie krojonym ciężko nazwać aktorstwem w pełnym tego słowa znaczeniu.

5_d2829d46db

Film zalicza również poważne wpadki scenariuszowe jak choćby niespodziewany powrót do prosektorium dziewczyny głównego bohatera, która biedna błąkając się po ciemnym korytarzu z tylko sobie wiadomych powodów nie zdecydowała się na zastosowanie komunikacji werbalnej w celu wyjaśnienia nieco dziwnej sytuacji jaką zastała. Pomimo wielu wad „Autopsja Jane Doe” zasługuje jednak na uwagę, albowiem na tle zdecydowanej większości współczesnych horrorów wyróżnia się jedną niezwykle istotną cechą, a mianowicie brakiem totalnego kretynizmu. Co więcej przez sporą część seansu potrafi wywołać u widza autentyczny strach (świetny motyw z dzwoneczkiem), a przecież chyba właśnie tego od horroru oczekujemy.

Ocena filmu: 6/10.

Dawid Kmieć

Elle

Czapki z głów przed Paulem Verhoevenem, który w wieku 78 lat nakręcił jeden z najlepszych filmów minionego roku. Holenderski twórca „Nagiego instynktu” i „Czarnej księgi” w sposób perfekcyjny pokazał swoim młodszym kolegom z branży jak zrobić prawdziwy thriller, po obejrzeniu którego widz przez długi czas pozostanie w stanie zwanym hipnozą. „Elle” w stylu Alfreda Hitchcocka rozpoczyna się od trzęsienia ziemi, zaś później napięcie rośnie z każdą kolejną minutą filmu. Nuda, schematyczność czy senność to ostatnie słowa jakie przychodzą na myśl po zakończeniu filmu, gdyż Paul Verhoeven zadbał o to, aby w trakcie seansu nie można było oderwać oczu od ekranu (zapomnijcie o wyprawie po kolejny popcorn czy wizycie w kinowej toalecie). W filmie nie zabrakło również miejsca dla inteligentnego poczucia humoru, którego w żaden sposób nie można ocenić jako zbędnego czy burzącego mroczny klimat.

01.11_film_elle

„Elle” to przede wszystkim koncert gry aktorskiej w wykonaniu Isabelle Huppert, która wciela się w postać Michèle – twardej szefowej firmy zajmującej się grami telewizyjnymi. Dobrze wypada również drugi plan na czele z Lucasem Prisorem i Laurentem Lafitte. Niezbędnym składnikiem dobrego thrillera jest oczywiście muzyka, która w „Elle” spełnia wszelkie kryteria pozwalające uznać ją za wyśmienitą, czym dodatkowo potęguje u widza niepokój trwający od pierwszej do ostatniej minuty filmu. „Elle” to dwugodzinny orgazm, stanowiący świetny przykład tego, iż warto kręcić thrillery w starym dobrym stylu.

Ocena filmu: 8/10.

Dawid Kmieć