Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Mocna kawa z przeciekającego kubka oraz nadzieja na obejrzenie w przyszłości dobrego filmu pozwoliły mi przetrwać seans „Valeriana”. Obraz ten aspirował do miana wakacyjnego hitu, a tymczasem nie osiągnął nawet poziomu przystawki obiadowej zwanej mizerią. Kuriozalna fabuła, koszmarne dialogi i drewniane aktorstwo skutecznie zatroszczyły się o brak odczuwania przeze mnie jakiejkolwiek przyjemności z przebywania w sali kinowej. Film opowiada o kosmicznych agentach świrujących pawiana w międzygalaktycznym Mieście Tysiąca Planet. Oszałamiające efekty specjalne nie tylko nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, ale dodatkowo zakręciły moją głową w stopniu niepozwalającym na ukończenie recenzji.

Valerian__Die_Stadt_der_tausend_Planeten_Szenenbilder_35

Ocena filmu: 3/10

Dawid Kmieć

Sława

Uczciwość nie zawsze popłaca, a już na pewno nie w Bułgarii. „Sława” opowiada o zarośniętym i jąkającym się pracowniku kolei, który po znalezieniu sporej sumy pieniędzy postanowił… zawiadomić policję. Cóż, wszyscy popełniamy błędy, za które jednak najczęściej trzeba płacić. Nie inaczej było w przypadku naszego brodatego bohatera, któremu w nagrodę za szlachetny czyn Republika Bułgarii zgotowała prawdziwe piekło.

z22268583IDR,Kadr-z-filmu--Slawa-

Film ten niby jest komedią, ale jakże smutną w swej wymowie. Oglądając „Sławę” momentami można odnieść wrażenie, że pod względem mentalnym kraj słynący ze Złotych Piasków tkwi nadal w głębokiej komunie. O współczesności przypominają nam jednak Internet, smartfony czy też flaga UE, wykorzystywana m.in. jako parawan dla rzeczniczki ministerstwa, robiącej sobie zastrzyk. „Sława” to solidne i wciągające kino społecznie zaangażowane z niekoniecznie wesołą puentą. Po obejrzeniu tego filmu dwa razy zastanowicie się, zanim wezwiecie policję po znalezieniu reklamówki z milionem złotych.

Ocena filmu: 7/10

Dawid Kmieć

Podwójny kochanek

Ridley Scott ma godnego następcę w osobie Françoisa Ozona, który po znakomitym czarno-białym dramacie „Franzt” odleciał w kosmos i nakręcił nowatorską wersję „Obcego”. Ciekawy to eksperyment, ale zakończony tylko połowicznym sukcesem. „Podwójny kochanek” opowiada o 25-letniej Francuzce, zmagającej się na co dzień z bólem brzucha. Osamotniona w tej walce kobieta postanowiła zasięgnąć pomocy u małomównego psychiatry. Na rezultaty terapii nie trzeba było zbyt długo czekać. Ostatecznie jednak okazało się, że problem naszej bohaterki jest dużo bardziej złożony, niż można było przypuszczać.

z22237278IH,Kadr-z-filmu--Podwojny-kochanek---rez--Francois-Oz

François Ozon udowodnił, że w jego bogatej reżyserskiej wyobraźni nie brakuje miejsca na erotyczne szaleństwo. „Podwójny kochanek” to niezwykle intrygujące i zmysłowe doznanie, ale w większości pozbawione fabularnego sensu. Dzięki sprawnej narracji film ogląda się jednak naprawdę dobrze, co w dużej mierze rekompensuje rozczarowanie mocno naciąganą historią. Na wysokości zadania stanęli też główni aktorzy, czyli Marine Vacth i Jérémie Renier, którym nie można zarzucić nijakości czy doprowadzania widzów do stanu irytacji. O ile więc po zakończonym seansie ręce nie złożą się same do oklasków, to jednak warto rozważyć dołożenie cegiełki do finansowego wyniku tego dziwacznego, ale momentami pociągającego filmu.

Ocena filmu: 6/10

Dawid Kmieć

Frantz

Mówią, że kłamstwo nie popłaca… Tymczasem od zarania dziejów cała ludzkość specjalizuje się w mówieniu nieprawdy, nie wyłączając tzw. autorytetów. Wiele osób na kłamstwie zbudowało swoje bogactwo, karierę polityczną czy też rodzinny spokój. Dzięki kłamstwu każdy z nas niejednokrotnie odniósł już mniejszą czy większą korzyść (niekoniecznie materialną). Kłamstwo stało się również motywem przewodnim czarno-białego dramatu „Frantz” w reżyserii Françoisa Ozona. Film, którego akcja rozgrywa się w 1919 r. opowiada o młodej Niemce mieszkającej z niedoszłymi teściami i spacerującej codziennie na cmentarz. Jej narzeczony zginął bowiem z rąk Francuzów w trakcie I wojny światowej. Pewnego dnia nasza urocza bohaterka spotyka tajemniczego Francuza, składającego kwiaty na grobie jej ukochanego mężczyzny. Wkrótce na jaw wyjdą szokujące fakty z przeszłości.

frantz_03

François Ozon nie tyle usprawiedliwia kłamstwo, co skutecznie udowadnia, że w niektórych sytuacjach może ono posłużyć do uszczęśliwienia innych osób (oczywiście pod warunkiem jego nie wyjścia na jaw). „Frantz” to niezwykle przejmująca opowieść o ludziach zmagających się z powojenną traumą. Wciągająca fabuła, kapitalny klimat i wiarygodna gra aktorska uczyniły z kameralnego dramatu wielkie kino. Niespełna dwugodzinny seans pobudzi nasze emocje w stopniu niepozwalającym na brak zainteresowania losami głównych bohaterów.

Ocena filmu: 8.5/10

Dawid Kmieć

Dom wygranych

Nigdy nie byłem w kasynie, co ma tę dobrą stronę, że nadal wyglądam symetrycznie, posiadając wszystkie kończyny, w tym ręce służące mi do pracy na laptopie i drapania się po różnych częściach ciała. „Dom wygranych” to amerykańska komedia drugiego sortu, opowiadająca o zwariowanym małżeństwie, które w hazardzie zwęszyło swoje szanse na sfinansowanie studiów ukochanej córeczki. Zdesperowani rodzice bynajmniej nie mieli zamiaru grać, dlatego też postanowili otworzyć nielegalne kasyno, w którym dla osiągnięcia szczytnego celu nie zawahali się użyć nawet siekiery.

dom-wygranych-8_8c843ad0b8

Pierwsza część filmu to komedia najniższych lotów z żenującymi dialogami, które o mały włos nie doprowadziły do mojej przedwczesnej ewakuacji z prawie pustej sali kinowej. Tym razem jednak zaciśnięcie zębów i przeczekanie męczarni okazało się na tyle trafnym wyborem, że po zakończeniu seansu bez poczucia wstydu mogłem krzyknąć „BINGO!”. W drugiej części film naszpikowany jest bowiem absurdalnym poczuciem humoru, zapewniającym nieprzeciętną rozrywkę. Bardzo pozytywną przemianę przeszedł Will Ferrell, który z drewnianego ojca ewoluował w niezwykle uroczego „rzeźnika”, parodiującego potężnych właścicieli kasyn. Mimo scenariuszowego chaosu „Dom wygranych” skutecznie obronił się jako odmóżdzająca komedia, dzięki której powiększymy swoje zmarszczki śmiechowe.

Ocena filmu: 6/10

Dawid Kmieć

Paryż na bosaka

W styczniu tego roku w wieku 90 lat do wieczności odeszła Emmanuelle Riva – zasłużona francuska aktorka, nominowana do Oscara za rolę w filmie „Miłość”. Tuż przed śmiercią postanowiła wspiąć się na Wieżę Eiffla, przeżyć upojną noc w namiocie z paryskim żulem oraz zjeść banana wyjętego z kosza na śmieci. Zachcianki te spełniła w komedii „Paryż na bosaka”, wcielając się w postać niespełna rozumu staruszki, uciekającej przed domem starców. Dodatkowo ściągnęła do Paryża swoją nierozgarniętą siostrzenicę o imieniu Fiona, mieszkającą na co dzień w Kanadzie.

Lost-in-Paris-movie

W pierwszej połowie absurdalna konwencja filmu zdaje egzamin, dopieszczając widza kolejnymi oryginalnymi scenami, które gwarantują świetną rozrywkę w trakcie seansu. Druga połowa to już niestety spore rozczarowanie i zarzut w kierunku scenarzystów, którzy wykazali się kompletnym brakiem pomysłu na rozwinięcie i zakończenie interesującej historii. Im bliżej końca, tym więcej bezsensownej przypadkowości na dużym ekranie, co siłą rzeczy doprowadza do znużenia. W konsekwencji trwający niespełna półtorej godziny film nie jest w stanie zaspokoić mocno rozbudzonych apetytów widzów. Na pocieszenie pozostaje kilka naprawdę zabawnych scen, dzięki którym nie zapomnimy o filmie w najbliższym czasie.

Ocena filmu: 5/10

Dawid Kmieć

Gra cieni

Trwa dobra passa koreańskiego kina. Po „Służącej”, „Lamencie” i „W sieci” do polskich kin trafił thriller szpiegowski „Gra cieni”, czyli zeszłoroczny kandydat do Oscara kraju gospodarza najbliższych zimowych igrzysk olimpijskich. Film, którego akcja rozgrywa się w latach 20-tych ubiegłego stulecia opowiada o walce koreańskiego ruchu oporu z japońską policją, mającą głęboko w poważaniu marzenia wielu ludzi o niepodległej Korei. Tematyka ta średnio zainteresowała Polaków, o czym świadczy fakt, że w całym Krakowie byłem jedną z pięciu osób, które w dniu wczorajszym podjęły szaloną decyzję o wycieczce do kina w celu obcowania z koreańską kinematografią.

maxresdefault

Nieobecni nie mają racji. Pomijając bowiem drobne problemy techniczne związane z zatrzymaniem filmu, a następnie jego przewijaniem nie mogę ocenić tego czasu jako straconego. Zresztą nie po to wymyślono opcję przewijania, żeby z niej nie korzystać (chociaż może niekoniecznie za cenę pozbawienia widza kilkunastu czy kilkudziesięciu sekund kluczowej sceny filmu). „Gra cieni” to znakomite kino szpiegowskie, angażujące widza i zmuszające go nie tyle do myślenia, co intensywnego ćwiczenia umiejętności zapamiętywania twarzy. Przykładowo, jedna z osób towarzyszących mi w trakcie seansu nie była w stanie odróżnić większości bohaterów, nie wyłączając tych głównych. Cóż, doklejanie wąsów czy zakładanie okularów przez postacie przewijające się na dużym ekranie to jeszcze nie powód do kapitulowania i marudzenia po filmie. Sam niejednokrotnie zakładałem i zdejmowałem okulary (również przeciwsłoneczne), choć żaden ze mnie tajny agent, ukrywający się przed wrogiem. Oczywiście fabuła filmu jest nieco zagmatwana, ale przy odpowiednim skupieniu jej rozszyfrowanie nie powinno stanowić mission impossible. Film ogląda się w pełnym napięciu, a chwilowe tylko przestoje w akcji nie pozwalają na opuszczenie kina z uczuciem rozczarowania.

Ocena filmu: 8/10

Dawid Kmieć

Annabelle: Narodziny zła

„Nie o taką lalkę walczyłem” powiedziałby zapewne Bolesław Prus po obejrzeniu horroru „Annabelle: Narodziny zła”. Autorowi kultowej i nieco przydługawej powieści o romantycznym pozytywiście nawet do głowy by nie przyszło jakie spustoszenie potrafi zdziałać jedna demoniczna kukła. Film opowiada o dziewczynkach i zakonnicy, które po zamknięciu sierocińca wprowadziły się do położonego na odludziu domu, zamieszkałego przez lalkarza i jego nie piękną już żonę. Nadzieja na ciepłe i rodzinne gniazdko prysła szybciej niż bańka mydlana.

Annabelle-3-1024x512

Ten horror jest naprawdę straszny. Po kiepskiej „Annabelle” z 2014 r. otrzymaliśmy znakomity prequel, który z pewnością zapisze się na kartach historii kina grozy. Sposób budowania napięcia i wzbudzania niepokoju u widza zasługuje na słowa uznania. David F. Sandberg, czyli reżyser w filmu nie miał żadnej litości dla moich pleców, po których non stop przechodziły ciarki. Jego najnowszy obraz pozbawiony jest większości wad, będących cechą charakterystyczną dzisiejszych „straszaków”. Fantastyczny klimat i brak irytującego pastiszu sprawiają, że „Annabelle: Narodziny zła” w swoim gatunku bije na głowę współczesne produkcje o demonach. Po wieczornym seansie nie polecam samotnych spacerów.

Ocena filmu: 7.5/10

Dawid Kmieć

Mroczna wieża

„Nie znacie oblicza ojców swoich” powiedział Idris Elba do kobiet lekkich obyczajów, składających mu propozycję nie do odrzucenia. Zaskakująca to odpowiedź, zważywszy na to że padła z ust kandydata na pierwszego czarnoskórego Jamesa Bonda. Cóż, być może lepiej wychodzi mu picie wstrząśniętej i niezmieszanej wódki z Martini. W „Mrocznej wieży” tak jak Bond ratuje świat przed zagładą z tym, że zamiast atrakcyjnej agentki towarzyszy mu specyficzny nastolatek, podejrzewany przez własną matkę o chorobę psychiczną. Ten dziwaczny duet w ramach współpracy pomiędzy światem kluczowym a światem pośrednim stanął do decydującej walki z Człowiekiem w czerni, granym przez laureata Oscara Matthew McConaughey’a.

Mroczna-wieża-20177

„Mroczna wieża” to adaptacja kolejnej powieści Stephena Kinga. Książki nie czytałem więc porównania nie będzie. Sama fabuła to oczywiście pierdoły dość dużego kalibru, ale w swoim gatunku film wypada całkiem przyzwoicie. Spora w tym zasługa aktorów, a zwłaszcza młodego Toma Taylora, który zagrał nad wyraz przekonująco, co nie pozwala umieścić go na szerokiej liście drewnianych małolatów marzących o wielkiej karierze na dużym ekranie. Akcja filmu od samego początku toczy się na zadowalającym poziomie, dzięki czemu widz nie będzie zmuszony do ciągłego zerkania na zegarek i odliczania kolejnych minut do opuszczenia swojego tronu w sali kinowej. W „Mrocznej wieży” nie zabrakło mrocznego klimatu, aczkolwiek za mało w tym było horroru, a zdecydowanie za dużo typowego kina akcji, nie wyłączając schematycznego zakończenia. Ostatecznie więc to nieobowiązkowa, ale w miarę interesująca propozycja na wieczorny seans w trwającym przecież nadal sezonie ogórkowym.

Ocena filmu: 5.5/10

Dawid Kmieć

Królewicz Olch

„To są normalne jajca” powiedział Dawid Kmieć (czyli ja) po ostatniej scenie filmu „Królewicz Olch”. Wcześniej śmiechu było co niemiara, gdyż stężenie głupoty na dużym ekranie wielokrotnie przekraczało dopuszczalne granice. Po obejrzeniu tego „dzieła” czuję się wręcz zobowiązany do ostrzeżenia innych przed zmarnowaniem czasu i pieniędzy na uczestnictwo w filmowej hucpie. Przeleżenie dwóch godzin na kanapie z tyłkiem do góry stanowić będzie dużo lepszy pomysł na spędzenie wolnego czasu niż wycieczka do kina i spotkanie z królewiczem.

02krolewiczolcherlprincedirkubaczekaj

„Królewicz Olch” w reżyserii Jakuba Czekaja to pseudointeligenckie kino artystyczne, które dość mocno obraża intelekt widzów. Film opowiada o zdolnym nastolatku i jego relacjach z despotyczną matką, oczekującą od syna odniesienia zwycięstwa w europejskim konkursie fizyków. I to by było na tyle fabuły. Reszta to irytujący bełkot i kuriozalna próba wmówienia widzom, że pod niezwykle grubą skorupą idiotyzmu kryje się jakaś istotna treść. Tymczasem pod ową skorupą nie ma nic poza intelektualną pustką i kompromitacją reżysera, przenoszącego na duży ekran swoje chore pomysły. Nawiązując do pierwszej sceny „Królewicza Olch” wypadałoby powiedzieć, że ten film jest zły, zły, zły, zły, zły, zły zły, zły, zły, zły, zły, zły, zły…

Ocena filmu: 2/10

Dawid Kmieć