Dusza i ciało

Po wczorajszym udanym seansie w krakowskim kinie Agrafka zastanawiałem się przez chwilę czy w czasie snu nie byłem kiedyś jeleniem, ale zważywszy na mój znak zodiaku przyjąłem, iż w każdą noc jestem wyłącznie śpiącym baranem. Okazało się również, że nie dorastam do pięt głównemu bohaterowi węgierskiego filmu „Dusza i ciało”, chwalącemu się w rozmowie z psychologiem, iż pierwszy wytrysk przeżył już w wieku 10 lat. Zawstydziła mnie także główna bohaterka, wykazując się nie byle jaką umiejętnością zapamiętywania niezwykle „istotnych” szczegółów ze swego dziwacznego życia, jak choćby daty pierwszej miesiączki czy zachorowania na ospę.

Dusza_i_cialo2.jpg_standa

Nominowany do Oscara film opowiada o specyficznej znajomości dyrektora rzeźni z pracownicą działu kontroli mięsa, korzystającej na co dzień z usług dziecięcego psychologa. Oboje postanowili romansować we śnie jako jelenie biegające po ośnieżonym lesie i gaszące pragnienie lodowatą wodą z potoku. Nieco gorzej było na jawie, zmuszającej ich do wspólnego spożywania obiadów i odbywania nadzwyczaj nieklejących się rozmów. W tle obserwujemy wyjątkowo drastyczne sceny zarzynania bydła, lądującego później na naszych talerzach w towarzystwie ziemniaczków i smażonej kapusty. Osoby mdlejące na widok lejącej się hektolitrami krwi powinny poważnie rozważyć usunięcie „Duszy i ciała” z grafiku najbliższych seansów. Osobiście polecam jednak zaciśniecie zębów i skuszenie się na obejrzenie tego wysublimowanego dramatu, który ku mojemu zaskoczeniu naszpikowany był solidną dawką absurdalnego poczucia humoru. W końcowej fazie film dość mocno działa na emocje, co pozwala zapomnieć o kilku nużących i nieco rażących nadmierną sztucznością scenach. Summa summarum mariaż z węgierskim kinem okazał się dobrym lekiem na poniedziałkowy nastrój.

Ocena filmu: 7/10

Dawid Kmieć

Reklamy

Wszystkie pieniądze świata

Wybitni reżyserzy mają to do siebie, iż z upływem lat przestają kręcić wybitne filmy. Nie inaczej jest z sędziwym już Ridleyem Scottem, który od kilkunastu lat znajduje się poza reżyserską ligą mistrzów. Nawet „Wszystkie pieniądze świata” nie są w stanie zapewnić powrotu do lat świetności, które nie mają sobie równych w bezpowrotnym przemijaniu. Najnowsza propozycja ojca „Gladiatora” opowiada o głośnym porwaniu wnuka amerykańskiego miliardera, który dzięki układom z Beduinami stał się potentatem w dziedzinie wydobywania ropy naftowej. Jakkolwiek nie pochwalam kuriozalnej decyzji twórców o nagłym wyrzuceniu z obsady Kevina Spacey’ego, to ciężko mi sobie wyobrazić, aby oskarżony o molestowanie seksualne aktor był w stanie zagrać jeszcze lepiej od Christophera Plummera, który znakomicie wcielił się w postać niewyobrażalnie bogatego i skąpego starca.

allthemoney3

Mało optymistyczny początek produkcji charakteryzuje się dość poszarpaną fabułą, co nie daje wielkich nadziei na zakwalifikowanie czasu spędzonego w kinie jako niezmarnowanego. Ostatecznie jednak zniechęcenie przegrywa rywalizację z rosnącą wciągalnością, zapewniającą rozrywkę na przyzwoitym poziomie. W trakcie seansu najwięcej problemów przysporzyło mi dokonanie właściwej oceny scen parodii, albowiem nie łatwo było jednoznacznie stwierdzić czy owa parodia ma charakter zamierzony czy też nie. Jako jeden z najlepszych przykładów można podać scenę próby odbicia zakładnika, w której to świetna Michelle Williams w towarzystwie włoskich karabinierów skrada się niczym szpieg z Krainy Deszczowców. Zakładając optymistycznie, że Ridley Scott postanowił uraczyć nas parodią zamierzoną (w co szczerze wątpię) to ocena filmu jako thrillera – komedii wypada zadowalająco, choć bez namiastki zachwytu. Największe wrażenie robi fragment punktu kulminacyjnego, kiedy to akcja rozgrywa się na mrocznych uliczkach włoskiego miasta, obdarzonego niezwykłym klimatem. Wszystko to jednak zmierza do banalnego i mocno hollywoodzkiego finału, który bynajmniej nie postarał się o przekroczenie granicy przeciętności. Nominacja do Oscara dla 88-letniego Christophera Plummera w pełni zasłużona.

Ocena filmu: 6/10

Dawid Kmieć

DJ

Wczorajsza wizyta w kinie to nie tylko cudowne odzyskanie zagubionej przed tygodniem czapki z pomponem, ale przede wszystkim bardzo pozytywne zaskoczenie w postaci odprężającego i wciągającego seansu „DJ” ze świetną Mają Hirsch. Aktorka znana mi wcześniej jedynie z serialu „Brzydula” wcieliła się w postać utalentowanej i piekielnie ambitnej dziewczyny, która po przyjęciu pseudonimu DJ Mini zapragnęła zawojować cały świat muzyki klubowej. Nie od dziś wiadomo jednak, że nawet największy talent to tylko jedna z wielu części składowych sukcesu, który najczęściej rodzi się w bólach. Nie inaczej było w przypadku naszej bohaterki, która upragnione spijanie śmietanki musiała poprzedzić rozdawaniem ulotek na ulicy czy koncertowaniem w niemalże pustym klubie. Ostateczną zaś batalię o spełnienie nie byle jakich marzeń przyszło jej stoczyć na słonecznej i wyjątkowo imprezowej Ibizie.

0006RB8X0KWWR4CE-C122

Przyznam szczerze, iż na muzyce klubowej znam się jak wilk na gwiazdach, stąd też niezwykle średnio obchodzi mnie to czy film w sposób wierny ukazał środowisko kultury klubowej albo czy główna bohaterka prawidłowo machała ramionami podczas imprez. W trakcie seansu nie dostrzegłem niczego, co można by zakwalifikować jako parodię DJ-owania, a wręcz przeciwnie postać wykreowana przez Mają Hirsch sprawiała wrażenie autentycznej i pozbawionej choćby cienia fałszu. „DJ” to nie tylko klimatyczne widowisko muzyczne, ale również solidna dawka motywacji do realizowania nawet mocno wygórowanych celów. Jednocześnie nie zabrakło miejsca na wyeksponowanie uciążliwych skutków ubocznych dążenia do sławy takich jak pustka i samotność życiowa. Słabsze strony filmu to umiarkowana banalność dialogów i brak wyróżniających się ról drugoplanowych. Wszystko to jednak pozostaje w cieniu intrygującej warstwy wizualno-muzycznej, która w żadnym wypadku nie pozwala uznać czasu spędzonego w kinie za zmarnowany. Przed seansem chciałem szczypty pozytywnego zaskoczenia, a otrzymałem pełną garść😉

Ocena filmu: 6.5/10

Dawid Kmieć

Escape Room

Po wczorajszym seansie w kinowym tartaku mam już pierwszego faworyta w wyścigu o palmę pierwszeństwa na zacnej liście najgorszych filmów tego roku. Żółta koszulka lidera trafiła do amerykańskiego „Escape Room”, który dzięki swojej nieocenionej głupkowatości ma wszelkie predyspozycje do wyrządzenia długotrwałego uszczerbku na mózgu nieszczęsnego widza. Horror ten opowiada o grupce znajomych, którzy w ramach obchodów urodzinowych przyjaciela postanowili wybrać się do tajemniczego escape room w celu rozwiązywania łamigłówek. Początkowo niewinnie wyglądająca zabawa dość szybko ewoluowała w prawdziwą walkę o życie.

6ub7

Film pozbawiony jest logicznej i wciągającej fabuły, a dialogi oscylują wokół poziomu urągającego przeciętnej inteligencji. Co gorsza, ilość drewna aktorskiego na dużym ekranie przechodzi najśmielsze oczekiwania, powodując niemałe zniesmaczenie. Na palcach jednej ręki można policzyć przyzwoite sceny, które dysponując namiastką intrygującego napięcia uchroniły „Escape Room” przed totalną kompromitacją. Pomysł może i był, ale do jego satysfakcjonującej realizacji zabrakło sensownego scenariusza i ogarniętej ekipy aktorskiej. Lojalnie uprzedzam, że film w iście mistrzowskim stylu potrafi zepsuć nastrój i doprowadzić do stanu zwanego irytacją. Osobom nieposiadającym magicznej karty Unlimited stanowczo odradzam wyrzucanie pieniędzy w błoto. Nie o takie horrory walczyłem.

Ocena filmu: 3/10

Dawid Kmieć

Pomniejszenie

Ten długowłosy młodzieniec na zdjęciu to filmowy Ronni, czyli pierwszy człowiek poczęty w mikroskopijnym świecie. Jego rodzice swego czasu uderzyli głową o czajnik, podejmując decyzję o zasileniu szeregów homo sapiens w wersji 12-centymetrowej. Ta fantastyczna opcja ucieczki od codziennych problemów stała się możliwa dzięki norweskim naukowcom, którzy w celu ratowania przeludnionej planety odkryli sposób na zmniejszenie ludzi. Jedyne wyrzeczenie to konieczność ogolenia włosów na całym ciele przed zabiegiem, a później już tylko dożywotnia „róbta co chceta” w malutkiej krainie mlekiem i miodem płynącej. Z tej kuszącej propozycji nie omieszkał skorzystać Matt Damon, wcielający się w postać Paula Safranka, który w komediodramacie „Pomniejszenie” porzucił swoje dotychczasowe nędzne życie na rzecz miniaturowych luksusów w dziwacznym świecie pod kopułą. Krasnoludkiem postanowił zostać również sam Christoph Waltz, który po wybitnych rolach w „Bękartach wojny” i „Django” wciąż nie może odnaleźć się w hollywoodzkiej rzeczywistości (pomóż mu Quentin!).

tumblr_o1tmreK5XO1u8au21o1_500

A sam film? Pierwsze 40-50 minut „Pomniejszenia” to niezwykle wciągająca historia, rozbudzająca niepotrzebnie apetyty na dalszą część seansu, który dość szybko zaprzyjaźnił się z równią pochyłą. Od momentu pojawienia się na ekranie chwalonej przez krytyków Hong Chau drastycznie obniżył się poziom produkcji, która z intrygującej stała się męczącą i bezsensowną. Niewielka w tym jednak wina azjatyckiej aktorki, która podobnie jak reszta obsady dostosowała się do poziomu mizernego scenariusza. Ogromna szkoda, że wyszło tak jak wyszło bo niewątpliwie komediodramat w reżyserii Alexandra Payne’a obdarzony był niemałą ilością potencjału, którego zasoby po dobrym początku ulegały ciągłemu pomniejszeniu.

Ocena filmu: 5/10

Dawid Kmieć

Atak paniki

„Atak paniki” może i nie dostanie Oscara, ale za to przejdzie do historii jako pierwszy film, który dobitnie uświadomił mi, że nie warto świrować pawiana, chodząc do kina na poranne seanse bez uprzedniego wypicia kawy😉 Aby, obejrzeć tę komedię musiałem wstać o 7 rano, a następnie w deszczu i zimnie tułać się po gdyńskich ulicach, by ostatecznie dotrzeć do Multikina na festiwalowy pokaz. W konsekwencji pierwsze podejście do „Ataku paniki” upłynęło mi pod znakiem walki z samym sobą, przez co szanse na obiektywną ocenę filmu były zerowe. Dopiero pyszne cappuccino pomogło mi otrząsnąć się po niezwykle męczącej przeprawie.

0006MO9TIRDKR490-C411

Cztery miesiące później, a konkretnie wczoraj obejrzałem „Atak paniki” po raz drugi – tym razem o normalnej porze i z nieco lepszym nastawieniem do otaczającego mnie świata. Efekt? Pierwsza połowa seansu to najlepsza zabawa w kinie od niepamiętnych czasów, co pozwoliło mi przez chwilę uwierzyć, że mam do czynienia z jedną z najlepszych polskich komedii w historii! Ogromne brawa dla Doroty Segdy, Artura Żmijewskiego i niejakiego Nicolasa Bro za kapitalny epizod w samolocie. Wyśmienicie wypadła również Magdalena Popławska, przypominająca mi trochę oscarową Cate Blanchett w „Blue Jasmine”. Niestety im dalej w las, tym więcej drzew, o czym bezlitośnie przekonał się debiutujący reżyser, czyli Paweł Maślona. Ambitne przedsięwzięcie polegające na łączeniu kilku wątków nie przyniosło oczekiwanego rezultatu w postaci opadnięcia szczęki czy wgniecenia w fotel. Druga część seansu to również odczuwalny spadek poziomu dialogów, które momentami miały więcej wspólnego ze zwykłą głupkowatością niż z inteligentną rozrywką. Ogólnie w komedii tej aż roiło się od zabawnych i udanych scen, ale ostatecznie nie utworzyły one wystarczająco intrygującej całości.

Ocena filmu: 7/10

Dawid Kmieć

Tamte dni, tamte noce

Wczorajsze premiery wydały mi się na tyle mało atrakcyjne, że wybrałem przedpremierowy pokaz w Krakowskim Centrum Kinowym ARS, które w drugiej części udanego seansu zafundowało mi w klimatycznej sali prawdziwą lodówkę. Zakładam jednak, że nie był to przejaw homofobicznego zachowania, co mogłaby sugerować tematyka wyświetlanego obrazu😉 „Tamte dni, tamte noce” – bo o tej produkcji mowa – przegrały pod względem jakościowym gejowską rywalizację z takimi filmami jak „Tajemnica Brokeback Mountain” czy „Serce z kamienia”, ale za to zdecydowanie pokonały nieszczęsnego laureata Oscara, czyli „Moonlight”. Doprawdy to zabawne, iż konserwatywna Akademia decydując się wreszcie nagrodzić w najważniejszej kategorii film o tematyce LGBT wybrała akurat ten wysoce przeciętny, a tylko dlatego, że główny bohater był czarny, co stanowiło świetną okazję na uciszenie bojkotujących „białe Oscary”.

Call-Me-By-Your-Name-kiss

Wracając do wczorajszej przedpremiery nie mogę nie zacząć od oddania pokłonu zmysłowemu Timotheemu Chalametowi, który zagrał nadzwyczaj autentycznie i przekonująco, dzieląc się z widzami całą paletą emocji. Nieco gorzej wypadł jego filmowy kochanek, którego poznał w czasie wakacji, spędzanych gdzieś w północnej Italii na początku lat 80-tych. Ten poruszający, wciągający i hipnotyzujący melodramat nie sprawił, że spadłem z krzesła, ale skłamałbym mówiąc, że ostatnia scena nie wpłynęła w jakikolwiek sposób na stan moich w miarę ustabilizowanych emocji. Do pełni szczęścia zabrakło mi trochę bardziej życiowych dialogów i nieco większej chemii pomiędzy głównymi bohaterami, ale to wyłącznie moje odczucia zwane subiektywnymi. Summa summarum to godny polecenia film, w którym na pierwsze miejsce wysuwa się dość oryginalna scena z brzoskwinią, symbolizująca skosztowanie „zakazanej miłości”.

Ocena filmu: 7.5/10

Dawid Kmieć

Naznaczony: Ostatni klucz

W trakcie wczorajszego badania USG najadłem się więcej strachu niż podczas seansu nowego „Naznaczonego”, który od pierwszej minuty spełniał minimalne wymogi klimatycznego i niegłupkowatego horroru klasy B. Motorem napędowym całej serii jest oczywiście niezawodna Lin Shaye, która ze względu na swój wygląd jest już chyba skazana na wieczną walkę z duchami. „Naznaczony: Ostatni klucz” to kolejny amerykański film przywołujący klimat lat 50-tych, co spotkało się z aprobatą mojej skromnej osoby. W zdecydowanej części akcja horroru rozgrywa się jednak w roku 2010, kiedy to główna bohaterka w towarzystwie swoich wiernych druhów powraca do rodzinnego domu, aby stoczyć decydującą walkę z demonem, który doszczętnie zrujnował jej dzieciństwo.

insidious-the-last-key

Jak na odgrzewany kotlet przystało czwarta odsłona „Naznaczonego” nie zachwyca, ale też daleka jest od filmowego dna. Ogólnie produkcja wypadła umiarkowanie przekonująco, choć nie obyło się bez kilku scen, zakwalifikowanych przeze mnie jako niezamierzona parodia gatunku. Od początku horror ten charakteryzuje się nieustającą walką irytującej i nużącej schematyczności z niebanalnymi fragmentami spójnej fabuły, naszpikowanej intrygującymi elementami grozy. Ostatecznie rywalizacja ta kończy się remisem z lekkim wskazaniem na pozytywne doznania. Jakkolwiek twórcy nie poszli na łatwiznę, to nie postarali się jednak o należyte usatysfakcjonowanie wybrednych widzów, oczekujących niemałego powiewu świeżości i oryginalności wśród filmowych straszaków.

Ocena filmu: 5.5/10

Dawid Kmieć

I tak cię kocham

Trochę propagandowy, poprawny politycznie, z fatalnym początkiem i jeszcze gorszym zakończeniem – taki jest amerykański film „I tak cię kocham” o młodym muzułmaninie, który zamiast wznoszenia modłów do Allaha woli grać na komórce… A tak poza tym to naprawdę świetna komedia, dzięki której wreszcie zdrowo się pośmiałem. Film, którego akcja rozgrywa się w Chicago opowiada o Pakistańczyku, będącym kierowcą Ubera i marzącym o karierze komika. W wolnym czasie podrywa amerykańskie dziewczyny, pisząc na karteczce ich imiona w języku urdu. Na drodze do jego szczęścia stoi konserwatywna rodzina, uznająca jedynie małżeństwa aranżowane.

636340935514048176-048-TBS-day-003-1774-R

Pierwsze minuty seansu zapowiadały głupkowatą komedię, dlatego też trzymając kurtkę w rękach byłem gotów do szybkiego opuszczenia sali kinowej. Tymczasem niespodziewanie z każdą kolejną sceną film ewoluował w kierunku inteligentnej rozrywki, wywołując szczery śmiech. Dodatkowo komedia angażowała emocjonalnie, co spowodowało, iż plany o ucieczce musiałem odłożyć na inny seans. Dialog o 11 września czy scena z zamawianiem hamburgera to prawdziwe mistrzostwo świata, za co chylę czoła przed twórcami. Pozamiatała Holly Hunter, która za rolę drugoplanową powinna otrzymać piątą w karierze nominację do Oscara. Nie popisała się za to jej filmowa córka, która na całe szczęście przez zdecydowaną część filmu była zmuszona do zachowania milczenia. Główną rolę przekonująco odegrał niejaki Kumail Nanjiani, aczkolwiek jego postać była przesadnie przesłodzona. Jeśli chodzi o samo zakończenie to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wyrazić dezaprobatę wobec hollywoodzkiego dążenia do zirytowania widza. Ostatnie minuty nie przekreślają jednak doskonałej zabawy, która zdominowała większą część seansu.

Ocena filmu: 7/10

Dawid Kmieć

Party

Z okazji święta Trzech Króli wybrałem się na czarno-białe „Party”, by zasmakować brytyjskiej groteski z polityką w tle. Film opowiada o kobiecie organizującej przyjęcie w celu uczczenia sukcesu w postaci otrzymania teki ministerialnej w tzw. gabinecie cieni utworzonym przez partię opozycyjną. Atmosfera święta nie trwała jednak zbyt długo, a wszystko za sprawą dziwacznego męża głównej bohaterki, który postanowił obwieścić zebranym gościom dwie nieco szokujące wiadomości.

Group-shot-from-THE-PARTY-by-Sally-Potter

Z seansem tym wiązałem spore nadzieje, ale ostatecznie filmowa impreza udała się tylko w nieznacznym stopniu, choć nie zabrakło kilku świetnych scen z absurdalnym poczuciem humoru. Największym problemem „Party” okazały się mocno przerysowane postacie drugoplanowe, które dość szybko zaczęły doprowadzać mnie do irytacji. Nie pomagały również męczące dialogi, przesiąknięte sztucznością, a trochę też bezsensownością. W konsekwencji otrzymaliśmy przeciętnej jakości komediodramat, mający zdecydowanie więcej wspólnego z intelektualną pustką niż z udaną satyrą na brytyjskie społeczeństwo. Trwającą zaledwie 70 minut produkcję ratowali jak mogli Kristin Scott Thomas i Cillian Murphy, ale pomimo świetnego aktorstwa nie zdołali uchronić filmu przed nijakością. Intrygujący komizm sytuacyjny przegrał z jałową paplaniną i przejaskrawionymi bohaterami, co nie pozwoliło „Party” na dorównanie takim filmowym perełkom jak „Nebraska” czy „Rzeź”. Bez wątpienia w głowie scenarzysty zrodziła się ciekawa koncepcja na klimatyczny i groteskowy obraz, ale gdzieś po drodze zabrakło pomysłu na rozwinięcie skrzydeł w celu usatysfakcjonowania widza.

Ocena filmu: 5/10

Dawid Kmieć