Pewnego razu… w Hollywood

Tak, Quentin Tarantino jest (nie)zwykłym śmiertelnikiem i tym razem nakręcił „tylko” dobry film, a nam nie pozostaje nic innego, jak zadowolić się kilkoma przebłyskami geniuszu mistrza, którego oryginalna twórczość stanowi prawdziwy skarb światowej kinematografii. A Rafał Zawierucha? Nie ma co spoilerować, ale nie liczcie na wiele.😉

Twórca „Django” i „Bękartów wojny” jest wybitnym reżyserem i jeszcze lepszym scenarzystą piszącym dialogi, które potrafią rozwalić każdy system. Nim został nauczycielem historii opowiadającym o niewolnictwie i II wojnie światowej bawił się popkulturą, dając światu takie dzieła jak „Wściekłe psy” i „Pulp Fiction”. Teraz powrócił filmem „Pewnego razu… w Hollywood”, po zakończeniu którego myślałem, że zaraz rozpocznie się druga część… Dopiero spojrzenie na zegarek uświadomiło mi, że to już naprawdę koniec.

Film opowiada o niezrównoważonym emocjonalnie aktorze (znakomity Leonardo DiCaprio), który nie pojechał do Wietnamu, ale toczy wojnę z samym sobą, starając się odnaleźć w hollywoodzkiej rzeczywistości końca lat 60-tych. Dzielnie wspiera go poczciwy kaskader (dający radę Brad Pitt), będący szoferem, niańką i przyjacielem w jednym. Jest również bardzo duży pies, dla którego przewidziana została dość istotna rola w kulminacyjnym momencie obrazu.😉

Tym razem Tarantino najlepiej wyszło tworzenie klimatu, dzięki czemu przez ponad dwie i pół godziny czujemy się jak podróżnik w czasie, który beztrosko przechadza się po Hollywood roku 1969, odkrywając tę magiczną Amerykę, przed którą nie musiał jeszcze uciekać Roman Polański. Kolejną bardzo fajną rzeczą jest budowanie napięcia i robienie sobie jaj z przewidywalności, która regularnie dostaje łomot od zaskakującego obrotu zdarzeń.

Nie da się jednak ukryć, że w przeciwieństwie do trzech ostatnich filmów Quentina większa część dialogów pozbawiona jest charakterystycznego błysku, co nie znaczy, że podczas seansu jesteśmy skazani na nudę czy głupkowatość. Po prostu od czasu do czasu zalatuje najzwyklejszą w świecie nijakością. Najbardziej szkoda zmarnowanego potencjału aktorskiego Margot Robbie, której Tarantino nie zaoferował nic poza koniecznością chodzenia i wdzięczenia się.

Chyba za bardzo rozpieściłeś nas mistrzu, więc nie dziw się, że teraz czuję pewien niedosyt.😉 Oczywiście czekam na 10 obraz!

pewnego-razu-w-hollywood-kadr-z-filmu

Ocena filmu: 7.5/10

Dawid Kmieć

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s